Rogier van der Weyden,
Zdjęcie z krzyża,
Muzeum Prado w Madrycie

Tło jest złote, przyciemnione, żółte i rdzawe, ludzie zastygli w smutku; zastygłe twarze, zastygłe ręce, zastygłe skłony ciała.
Nie poruszają się, bo są połączeni.
Łączy ich ten, którego trzymają w ramionach.
Białe ciało w poprzek całego obrazu.
Zarysy ich postaci są jak linie smyczków,
palce jak żałosne dźwięki wiolonczeli – wielkie i głębokie.
Owale twarzy – jakby były szlachetnymi kamieniami oprawionymi w pierścienie. Drobna twarz Marii ma wielkie, pięknie zamknięte powieki. Usta ściska ból. Ci na górze krzyża mają kędzierzawe włosy. Trzeba ciało jakoś zdjąć, więc krzątają się na drabinie.

Ale i ich dotknęło to zastygnięcie w smutku, żałosnym i przeciągłym jak dźwięki skrzypiec.

 

Dobrze, że tu stoją. Stoją jedni obok drugich, równomiernie rozłożeni. Fałdy ich szat – długie i powłóczyste – pokarbowały obraz jak kolorowy jesienny las, za którym rdzawo zachodzi słońce
i zostawia złocistą poświatę.

Dobrze, że tak zastygli – to się kiedyś, po stuleciach przyda pewnemu malarzowi flamandzkiemu, który oprze na nich rytm obrazu.
I dobrze, że przyszli tak późnym popołudniem – temu malarzowi ten zachód słońca zamieni się na obrazie w przyciemnione, żółte
i rdzawe złoto.